Gorące Dysputy

Karczma Pazur Behemota - "Sposoby na naukę"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Gorące Dysputy > Karczma Pazur Behemota > Sposoby na naukę
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Vandergahast

Żywiołak Piwa Vandergahast

9.01.2007
Post ID: 7133

W związku ze zbliżającą się sesją, końcem semestru, okresem zaliczeń czy jak to jeszcze nazwać, generalnie czasem, który zmusza nas do spędzania dłuższych chwil z podręcznikami, mam do Was pytanie. Mianowicie - jakie są wasze sposoby na zmuszenie się do nauki "(i najlepiej wytrwanie w tym stanie :]) i do zwiększenia jej efektywności? Wiadomo - mało czasu, dużo materiału, nudny czy nie, przeroić trzeba. A może jakiś nowy, ciekawy sposób na ściągi?

Ja mam 2 metody. Pierwsza polega na wypracowaniu u siebie odruchu warunkowego. Wygląda to tak: uczysz się - pij herbatę. Nie jesteś w stanie zmusić się do nauki - napij się herbaty. Działa w przypadku herbaty i kawy, ale takie pestki dyni czy słonecznik potrafią zbytnio absorbować uwagę i odwracać ją od nauki.

Drugi sposób jest odrobinę desperacki i pewnie nie u wszystkich znajdzie zastosowanie. Ponieważ nauka raczej nie sprawia nam przyjemności, trzeba postawić na skłonności masochistyczne. Siadasz do nauki i czujesz że nie podołasz, jest męcząca i nudna. Wyobrażaj sobie jak bardzo jej nie cierpisz, a później zadaj sobie ból zmuszając się do niej. Brzmi kapkę makabrycznie, ale sprawdza się w sytuacjach podbramkowych. Można sobie dodatkowo motywować, wmawiając sobie że ta nauka jest za karę, że trzeba ją ponieść za to co się przedtem robiło zamiast pogłebiania wiedzy. Cóż, u mnie sumienia to nie poruszyło, ale pozwoliło zrobić 56 filozofów jednego dnia, na kolokwium z doktryn.

Także, jeżeli macie dobrą metodę, podzielcie się nią. Ulżyjcie wszelkim biednym istotom, rokrocznie bezlitośnie maltretowanym przez wszelkiej maści pedagogiczne potwory :]

Gwynbleidd

Gwynbleidd

10.01.2007
Post ID: 7136

Już troszkę czasu minęło, odkąd zacząłem czytać tylko to na co mam ochotę. Zdarzało się oczywiście w przeszłości, że od nauki odciągało Mnie srylion innych, jakże pasjonujących zajęć. Jeśli chciałem zapomnieć o tym co mógłbym robić zamiast się uczyć, to pakowałem książki i wychodziłem gdzieś w plener. Mieszkam na wsi więc odnalezienie jakiejś ślicznej łąki w pobliżu rzeczki, nie było trudne. Co prawda leżąc w trawie co chwilę zasypiałem, a robienie notatek też nie było łatwe, ale zawsze coś tam w głowie zostało.
To był Mój jedyny sposób aby zmusić się do nauki.

Chociaż wiosna przyszła w tym roku wcześniej, to jednak Tobie Van radzę się uczyć w domu.

P.S. Fajny podpis. Ten tekst siedzi Mi w głowie odkąd go pierwszy raz usłyszałem, tyle, że w spolszczonej wersji.

Moandor

Strażnik słów Moandor

10.01.2007
Post ID: 7147

Paskudna sentencja "Co możesz zrobić dzisiaj, zrób jutro" towarzyszy mi niestety nieprzerwanie. Zazwyczaj nawet gdy mam 2 tygodnie czasu na przerobienie jakiegoś materiału, czas minie, a ja zabieram się za naukę dopiero kiedy absolutnie muszę. A wtedy po prostu siadam do książek i uczę się z przerażeniem patrząc na pędzące w zawrotnym tempie wskazówki zegara. I mam zawsze wyrzuty sumienia z powodu zmarnowanego czasu. O ile byłoby lżej, aby systematycznie rozłozyć sobie naukę na kilka dni, miast zostawić wszystko na za pięć dwunasta.
Ileż to razy powtarzałem sobie, że tym razem będzie inaczej, że wezmę się wcześniej. Nie działa.

Infero

Infero

11.01.2007
Post ID: 7171

Ja zawsze wychodziłam z założenia – olewaj aż cię przyciśnie a wtedy zacznij kuć.
Niestety nie zawsze skutkowało.

Moandor

Strażnik słów Moandor

11.01.2007
Post ID: 7176

Infero w krótkich słowach rzekła to, co napisałem powyżej. A jest takie stare powiedzenie któregoś z greckich filozofów: "Kto zaczął, już zrobił połowę". Wielokrotnie to zaczęcie jest najtrudniejsze, zamiast tego odkłada się na ostatnią chwilę.

Temat miał być o sposobach na naukę. Ja nie mam takiego sposobu. Najlepsza jest systematyczność, ale zawsze było i jest mi z nią nie po drogdze, czego żałuję. O ile wtedy życie byłoby łatwiejsze.

Hexe

Hexe

12.01.2007
Post ID: 7183

Od jakiegoś czasu dość skutecznie stosuję metodę jak najwcześniej. Po prostu jak tylko znam daty zaliczeń biorę kalendarz i wpisuję je na czerwono. Jak już jestem świadoma tego, ile czasu mi pozostało, cały czas sobie powtarzam, że mam przed sobą Bardzo Ważne Zaliczenie. W końcu tego myślenia mam dość i dla świętego spokoju zaczynam się uczyć. Bez nerwów (bo przecież jeszcze dużo czasu), z licznymi przerwami (nawet tygodniowymi ;D), na spokojnie. Potem przed samym zaliczeniem pozostaje mi tylko powtórzyć materiał.

I muszę przyznać, że system zaliczeń stosowany na uniwersyteckiej matematyce sprawdza się doskonale. Co tydzień 15-minutowe kartkówki (lub też 1,5h kolokwia w przypadku analizy matematycznej - naprawdę, to tylko tak strasznie brzmi ;) zmuszają do tego, żeby chociaż zajrzeć do notatek.

Paradoksalnie najwięcej problemów z nauką miałam w liceum. Wtedy materiał był prostszy (więc bagatelizowany przeze mnie) oraz bardziej zróżnicowany, a przez to w pewnym stopniu nielubiany (wszystkich dziedzin nauki nie lubię i np. nauka biologii była dla mnie złem ostatecznym).

Faktem jest jednak, że ostatnie 7 dni przed terminem najbardziej mobilizuje mnie do pracy.

Mirabell

Mirabell

15.01.2007
Post ID: 7247

Współlokatorki. I to nie w sensie "ktoś mnie zmobilizuje", tylko "muszę zmobilizować kogoś, bo jest głębiej w lesie niż ja". A w przypadku pisania prac zaliczeniowych używanie komputera który nie posiada sapera, innych gier windowsowych i nie, pasjansów, painta, power pointa, mnóstwa folderów ze zdjęciami i tym podobnych rozpraszających czynników.

Islington

Mistrz Islington

15.01.2007
Post ID: 7250

Ja nie posiadam kalendarza, który mówiłby mi kiedy mam się uczyć.
Nie wiem dlaczego ale zwykle jest to okres weekendu, jakoś wszystkie imprezy są organizowane w trakcie tygodnia, a żadna pod jego koniec. Kiedy juz musze, choc zwykle jest to kilka dni wczesniej niz moi znajomi, to po prostu siadam w kuchni, badz fotelu i sie ucze. Wiele rzeczy mnie odciaga, ale zwykle udaje mi sie uzyskac skupienie.

Ten temat jest dobry do zaprezentowania tutaj zjawiska "Uniesienia".
Jest to zjawisko, którego doświadczyć może każdy z nas. Polega na tym, że uczysz się bądź rozwiązujesz pewne zadanie z tematyki która cie interesuje.
Koncentrujesz się na tyle mocno, że przestajesz myślec o wszystkim innym, osiagasz jeden maly sukces, poniewaz cos juz opanowales ze zrozumieniem, a potem nastepny i nastepny.
Efekt jest taki, ze po okresie trwania nauki jestes bardziej wypoczety niz przed, czujesz uczucie spelnienia, relaksu i dobrze wykonanej roboty.
Raz doświadczyłem tego zjawiska, uważam je za bardzo ciekawe, jednak nie mozna tego stanu doswiadczyc w pelni swiadomie do niego dazac.

Eru

Eru

15.01.2007
Post ID: 7257

Ja jak juz wpadnę w rytm chodzenia do szkoły i po przyjściu do domu najpierw odrabianiu lekcji, zamiast robieniu czegoś w kompie, to nie mam najmniejszego problemu.

Ale niestety ostatnio z powodu tego ze nie mamy zadawane dużo i regularnie(a w tym roku zacząłem LO), to niestety nie mam rytmu ;)

Uniesienie: oj tak, istnieje coś takiego - co z tego ze nie można osiągnąc tego świadomie, skoro zaraz po zaczęciu nauki z ulubionego przedmiotu, zaraz tracisz wszelką świadomość? Z jedną rzecza bym się nie zgodził - po takim transie jestem raczej zmęczony fizycznie jak i psychicznie, ale na pewno zadowolony.

Hubertus

Hubertus

15.01.2007
Post ID: 7265

Warto dla uzupełnienia dodać że zjawisko Uniesienia bardzo dobrze sprawdza się nie tlyko w nauce ale przede wszystkim w sporcie, zwłaszcza kiedy dzięki niemu zawodnik osiąga niejako automatycznie doskonałą formę i perfekcję wykonania. Sztytowa forma Adama Małysza była doskonałą egzemplifikacją tego swoistego fenomenu.

Waruki które konieczne by zaszło to zjawisko są dość trudne do spełnienia, ale muszą zaistnieć wszystkie by zadziałało. Przede wszystkim czysta pasja i zapał do działania, a także pewne podstawowe wytrenowanie by nie doznać frustracji. Następnie skupienie na wykonaniu. Po jakimś czasie można odczuć ze wszystko inne przestaje się liczyć i pojawia się takie wewnętrzne samonagradzanie które gna nas do coraz lepszego wykonania danej rzeczy. W wyniku tego pojawia się automatyzm perfekcyjnego wykonania i uczucie oczywistości i łatwości przy jednoczesnej silnej satysfakcji z wykonanego zadania. Właśnie ten automatyzm sprawia że Uniesienie jest procesem pozaświadomym i dlatego nie można go wywołać siłą umysłu a jedynie dzieki naszym emocjom i zaangażowaniu.

Takeda

Takeda

15.01.2007
Post ID: 7269

Cóż w LO pojęcie nauki oprócz oczywiście matury, było mi zupełnie obce, natomiast w złotych czasach "wolności studenckiej" musiałem przestawić się na inne tory. Przede wszystkim nigdy nie uczyłem się jeśli po dziesięciu minutach nic nie pamiętałem z pogłębianej dziedziny nauki (szkoda czasu i po dwóch godzinach niewiele więcej będziesz wiedział). Z reguły uczyłem się w nocy, bo łatwiej mi było się wtedy skupić. Od trzeciego roku z dwoma kumplami wypracowaliśmy metodę tzw: "burzy mózgów" polegało to na tym, że po jednokrotnym czytaniu materiałów dyskutowaliśmy o wszystkim po kolei, każdy coś innego zapamiętał lub lepiej zrozumiał po dwukrotnym powtórzeniu tego manewru skuteczność zdawania wynosiła 100% (minimum czasu maksimum korzyści). Jest jeszcze wersja "na masochistę" zastosowana przeze mnie tylko raz. Otóż zapisujesz się spontanicznie na jakąś kosę najlepiej przedtermin (będąc bardziej zieleńszym z tego tematu od wiosennego szczypiorku) i kujesz tylko w nocy, kończy to się sukcesem, 88 godzinami bez snu i niemożnością picia kawy "sypanej" (jeszcze do obecnej chwili) z powodu nieprzyswajalności tego płynu przez żołądek.

Guinea

Guinea

16.01.2007
Post ID: 7274

To, co znajdziecie poniżej, odnosi się tylko i wyłącznie do studiów... o LO nawet wspominać nie warto ;).

Kluczem do sukcesu według mnie jest nastawienie psychiczne. Za optymalne uważam długoterminową determinację (zdam, uda się, dam radę) i luz krótkoterminowy (ale wcale nie muszę zdać w tym terminie... w końcu po to są 3 żeby z nich korzystać ;)). Do kolokwiów i egzaminów należy podchodzić spokojnie i z dystansem. Stres może zmobilizować, a może wręcz przeciwnie, poza tym szkodzi zdrowiu itp itd :P. Czyli z daleka od niego.

Aby osiągnąć odpowiedni stan psychiczny warto mieć wsparcie duchowe innych studentów, najlepiej ze swojego roku, wtedy jest pewność, że macie ten sam punkt odniesienia. Oto przykład budującej konwersacji:
-Hej, uczyłeś się już coś na [wstaw nazwę przedmiotu]?
-Nie, no co ty. A ty?
-Też nie.

Z pewnością nie wygląda to na szczególnie konstruktywny dialog. Jednakże daje on obu rozmawiającym pewność, że nie są jeszcze do tyłu wobec innych. Oczywiście takie rozmowy należy prowadzić z odpowiednimi osobami... W końcu co będzie, jeśli usłysysz, że ktoś już opanował połowę materiału, podczas gdy ty jeszcze nawet nie zacząłeś nauki? Można się wtedy "zdołować", a na co to komu? Warto też utwierdzić się nawzajem w przekonaniu, że zdacie. Nawet pomimo tego, że termin coraz bliżej i nic nie umiecie... No bo czemu mielibyście nie zdać? ;)

To może teraz opiszę sam proces nauki. Cóż, nauka rzeczy, których wcale nie chcę umieć (większość ;P) to sprawa dość nieprzyjemna. Dlatego potrzebuję czegoś, co by mnie rozpraszało. Cokolwiek, byle by było czym się zająć w momencie, kiedy głowa chce mi implodować z okazji tych wszystkich zbędnych głupot które do niej wtłaczam. Byle się na chwilę oderwać. Ale tylko na chwilę - dobra książka odpada niestety :P. Nauka najlepiej w pozycji leżącej, w końcu po co się męczyć ;) tudzież w jakiejś siedzącej, wygodnej, acz pokręconej i szkodliwej dla kręgosłupa (już i tak nic mu nie pomoże ;P) . I wszelkie materiały, ściągi, podręczniki, ksera, itp (znaczy te, które jakimś cudem nie są w postaci elektronicznej :P) w zasięgu ręki, żeby nie trzeba było wstawać. Coś do picia również w zasięgu ręki - wiadomo dlaczego ;P. Dalej: materiały możliwie w postaci opracowania przygotowanego przez kogoś innego - po co się męczyć samemu :P. Warte uwagi są też pytania z zeszłych lat - niektórzy są leniwi i nie zmieniają ich zbytnio, więc można niewielkim wysiłkiem mieć przedmiot z głowy. Ważnym elementem wyposażenia uczącego się studenta jest też przeglądarka internetowa - w końcu zawsze może czegoś brakować w opracowaniach, a łatwiej odnaleźć brakujące fragmenty wiedzy w internecie niż w czyichś skserowanych notatkach - notatki to ostatnia deska ratunku.

No i sprawy najważniejsze. W kwestii "zrozumieć czy zakuć" jestem za kuciem. W końcu i tak uczę się rzeczy zbędnych, więc nie muszę ich rozumieć. Ze zrozumieniem jest też ten problem, że można zrozumieć źle. A zakuć nie można źle - pamięta się dobrze albo wcale. W kwestii "kiedy zacząć" - im szybciej tym lepiej. W teorii. Ale co z tego, że się nastawię na naukę tydzień przed, skoro nie zawsze jest tyle czasu? Czasami są 2 dni albo i mniej. Dlatego moim zdaniem lepiej się przyzwyczaić do intensywnej nauki w ostatni dzień, bo prędzej czy później i tak na tym się skończy mimo najszczerszych chęci. A w moim przypadku kończy się na tym z okazji wrodzonego lenistwa i nabytego braku motywacji :). Cóż, jak mawia stare przysłowie: "Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz mieć 2 dni wolnego".

(Nie odpowiadam za skutki ewentualnych prób naśladowania mnie. Pomimo tego, że uczę się tak, jak opisałem, dotarłem jakoś na 3 rok... ale to mógł być przypadek. I pewnie był :P.)

Greenman

Greenman

16.01.2007
Post ID: 7284

Dokładnie Guinea, dokładnie, wyjęłeś mi to z ust. I nie martw się, tym sposobem przeszedłem 5 lat i nawet ze 2 razy cudem miałem najniższe stypendium. Ale miałem jeszcze te szczęście że od końca pierwszego roku, chodziłem z dziewczyną z roku (moja żona) i notatki miałem z dostawą do domu hihihi, dobrze że tego nie czyta...

Hubertus

Hubertus

16.01.2007
Post ID: 7288

Ojej ale to demoralizujące ;p

No ale też dołożę swoje 3 grosze z okresu studiów i końca liceum ;p

Otóż, przede wszystkim, jechanie na opinii, na początku nowej szkoły tudzież uczelni warto zadbać o DOBRĄ (o złą lepiej nie ;p) opinię, nauczyciel też człowiek i przy kilkudziesięciu podopiecznych nie ma siły by nie używał skrótów myślowych. A wiec jak cię zapamięta od początku takim zawsze będzie cię postrzegał. Z dobrej opinii można potem kożystać, leserując aż do końca swojej edukacji w danym przybytku oświaty, oczywiście w granicach rozsądku, bo przy zbyt intensywnym użytkowaniu dobra opinia się może wyczerać, a wtedy biada ci ;P

Następnie warto też sprawiać dobre wrażenie, oczywiście przy minimum wysiłku ;p np zgłosić sie do jakiej łatwej pracy domowej, załapać się na referat z małej ilości źródeł, brać udział w dyskusjach, zadawać pytania (oczywiscie też nie za dużo i nie zbyt głupio ;p)to potem pomaga zaliczyć dobrze przedmiot.

Ostatnim punktem jest samo zaliczenie, tu można stosować te zalecenia które przedstawił Qui ;p (oczywiście również z umiarem, bowiem trzeba wiedzieć kiedy przestać się obijać by nie narobić sobie kłopotów ;P Tu przychodzi z pomocą ludowa maksyma która mówi że ten się śmieje kto się śmieje ostatni, oczywiście życzę wszystkim by nie było to śmiech baranim głosem ;P )

Mnie osobiście udało się przejść wszystkie etapy edukacji stosując te zasady i jakoś to się dobrze skończyło, bez obsuwów i z dyplomem ;p

[uwaga, dalej jest nieco poważniej ;p]

Warto na pewno przede wszystkim poznać swoje możliwości i uzdolnienia, a także jasno wyznaczyć cele i uczyć sie ze zrozumieniem tylko tego co lubimy i co bedzie potrzebne w dalszych etapach naukowej kariery, reszty się naumieć tyle o ile. Pamięciowa nauka ma tylko sens w przypadku gdy szybko chcemy zapomnieć zakute treści. Uczenie się ze zrozumieniem z kolei daje podstawową bazę pojęciową i buduje w mózgu taki elastyczny szkielet poznawczy pozwalający łatwo wmontowywać nowe treści i modyfikować stare, taka baza jest też dość trwała i odporna na zapominanie.

Najbliższe mojemu poglądowi myślenie o edukacji zakłada że szkoła zwłaszcza podstawowa oraz gimnazjum ma przede wszystkim nauczyć myślenia i samego procesu przyswajania treści, a także dać jakąś podstawową wiedzę, która mimo iż ulegnie zapomnieniu, to zostawi ten podstawowy ślad i umiejętność porządkowania odtwarzania i przyswajania nowych informacji. To stanowi podstawowe niejako jądro kompetencji umysłowej, które jest bezcenne i determinuje w znacznym stopniu sukces życiowy.
Modne są koncepcje że szkoła powinna uczyć tylko wiedzy przydatnej, a kto da wam gwarancję co będą robić w życiu te dzieci które w tym roku szkolnym poszły do szkoły? Nie wiadomo jaki zawód będa wykonywac, ale tez nie wiadomo jakie przedmioty będą zdawac na maturze, nie wiadomo na jakie studia pójdą, a z resztą po drodze moze im sie zmienić 3 razy koncepcja. Dlatego własnie istotne jest że Jasio kiedyś tam nauczył sie wszystkich dopływów Amazonki i przemysłu w Brazylii, i mimo że jako pan Jan juz tego wogóle nie pamięta ale jego mózg dzieki temu potrafi teraz nauczyć się na pamięć informacji potrzebnych mu do pracy którą wykonuje. Nie mówiąc juz o tym że to podstawowe wykształcenie daje jakiś pogląd ogólny na świat w którym żyjemy i to też jest jego zadanie, na specjalizację i wiedzę konkretną i przydatną przychodzi czas na studiach oraz w pracy kiedy człowiek już wie jak wiedzieć. Dlatego też cwaniaczenie polecam nieco starszym a młodszym jednak wzięcie się do roboty ;)

Vandergahast

Żywiołak Piwa Vandergahast

27.01.2007
Post ID: 7543

To teraz o sposobach ściągania i ściągach :]

Z nowinek technicznych przydatnych przy ściąganiu, choć do nauki też się przydaje. Jest taki programik, nazywa się Shell do TequilaCat BookReader. Pozwala on na przerabianie plików z notatnika na .jar i .jar2 i chyba jeszcze na jakiś format, działa to dla Nokii, SE, Siemensów i jeszcze paru innych. Po przerobieniu powstaje instalka, wrzuca się to na komórkę, instaluje i voila, ja mam tak kodeks karny, cywilny, wykroczeń i opracowania rozmaite przerobione. Przydaje się na kolokwium, bo na telefonnikt nie zwraca uwagi, no i do nauki, komórkę ze sobą się ma dosyć często, akurat nie ma nic do roboty w kolejce do lekarza, to można się chwilę podokształcać.

Moandor

Strażnik słów Moandor

27.01.2007
Post ID: 7544

Na matematyce kolokwium było w formie testu. Wiele osób stosowało numer z robieniem mms'ów. Przesyłali fotkę testu do kogoś kto siedział sobie w domu przed kompem z włączonym programem do obliczania całek. Wystarczyło wpisać całki do komputera, i odesłać odpowiedzi, a), b) c) lub d) smsem do zainteresowanego.

Mnie osobiście ściągać się nie zdarza. Wszystkie egzaminy wciągu prawie 4 lat studiów napisałem sam. Oceny trafiały się różne, ale pozytywne. Może z pomocą ściąg byłyby lepsze, ale mam przynajmniej świadomość, że są uczciwe.

Hubertus

Hubertus

27.01.2007
Post ID: 7545

Generalnie jeśli chodzi o sciąganie na egzaminach to jesem temu przeciwny, chodzi o zwykłą uczciwość, np w Ameryce, i wogóle na zachodzie, to jest szczególnie mocno tępione i nieaprobowane społecznie, jakiekolwiek tego typu akty są uznawane jako oszukiwanie i siebie i innych ludzi.

U nas i dalej na wschód jeszcze wygrywa mentalność sowiecka, i kombinowanie na wszelkie możliwe sposoby, a ściąganie jest dowodem na zaradność życiową, mam nadzieję że z czasem to się zmieni.
Sam kiedyś również sciągałem, nie mogę powiedzieć że nie, dopiero w 4 klasie liceum i na studiach zastanowiłem się że licząc nie na swoją wiedzę robię krzywdę sobie oraz ludziom za ktorych będe w pracy odpowiedzialny. Zachęcam do takiej drogi myslenia na ten temat.

Z kolei samo robienie ściąg uważam ża pozyteczne zajęcie bo w tensposób się utrwala dobrze materiał i wyciąga najważniejsze informacje łącząc je w logiczną całość. Sciaga przydaje się też do powtórzenia w ostatniej chwili, oraz sprawdzenia swoich odpowiedzi już po sprawdzianie.

Hexe

Hexe

3.02.2007
Post ID: 7716

Hubertus

Generalnie jeśli chodzi o sciąganie na egzaminach to jesem temu przeciwny, chodzi o zwykłą uczciwość, np w Ameryce, i wogóle na zachodzie, to jest szczególnie mocno tępione i nieaprobowane społecznie, jakiekolwiek tego typu akty są uznawane jako oszukiwanie i siebie i innych ludzi.

Jeżeli ktoś odpowiedni nie pójdzie po rozum do głowy wreszcie i nie każe mi zakuwać znanej z dowcipów książki telefonicznej, to bardzo proszę, będę pierwszą, która pokazywać palcem prowadzącym będzie ściągających kolegów i koleżanki.

Póki co, wymagają czasem ode mnie rzeczy kuriozalnych. Na jaką cholerę jest mi potrzebny w pamięci wzór na cośtam, będący ułamkiem przyprawiającym o zawrót głowy? I takich wzorów kilkadziesiąt? A do tego mnóstwo bezsensownej pamięciówki, która działa na zasadzie ZZZ?

Niektórzy prowadzący (np. na matematyce) pozwalają na posiadanie ściągi formatu A4. Bo to nie o wzory przecież chodzi, a o umiejętność zastosowania pewnego algorytmu do rozwiązania zadań.

Nie kryję się z tym, że ściągam, choć wolałabym tego nie robić.

Moandor

Strażnik słów Moandor

4.02.2007
Post ID: 7722

Może ja miałem więcej szczęścia i aż tak zaawansowanej pamięciówki na Politechnice Białostockiej nie zadają. Jednak jeśli pomyślę, jak musiałem się nauczyć 45 godzin wykładu prof. Bolkowskiego z elektrotechniki, gdzie wzorów było dużo (praktycznie same wzory) i wszystko trzeba było umieć wyprowadzić to przestaję w to szczęście wierzyć. I to nie był jedyny taki pamięciowy egzamin.

A jednak konsekwentnie pisałem wszystko uczciwie. Może troche naiwnie, może "pomagając" sobie niektóre egzaminy napisałbym lepiej, może... Ale wtedy te wyniki nie byłyby nic warte.

To, że nauczyciele dużo wymagają nie jest podstawą do zapalenia zielonego światła nieuczciwości. Są pewne żelazne zasady, których nie powinno się łamać. Albo czerwone albo zielone, nie ma żółtego.

Infero

Infero

4.02.2007
Post ID: 7732

Rozumiem cię Hex. Nigdy długo nie pamiętałam wzorów. Ważniejsze jest wiedzieć jak je wyprowadzić ewentualnie gdzie je znaleźć a przede wszystkim jak i gdzie je zastosować.
Uczenie się na pamięć – to chore i do niczego dobrego według mnie nie prowadzi. Ja muszę zawsze zrozumieć, dlatego zawsze ciężko szły mi przedmioty takie jak np. historia (oj te daty!) i słownictwo obcojęzyczne (pamiętam na dłużej tylko to co często stosuje).
Co do ściągania – aniołkiem w końcu nie jestem – resztę dopowiedzcie sobie sami. Zawsze pisałam ściągi i miałam je na sprawdzianach i egzaminach, nie zawsze z nich korzystałam, najczęściej wystarczyło mi poczucie, że mam coś w rodzaju boi ratunkowej.