Oberża pod Rozbrykanym Ogrem

Zatęchłe Archiwum - "Ogórki Kiszone"

Aktualnie w Osadzie: Ognisko jest zgaszone.
Osada 'Pazur Behemota' > Zatęchłe Archiwum > Ogórki Kiszone
Wędrowiec: zaloguj, wyszukiwarka
Irhak

As Gier Irhak

19.05.2011
Post ID: 62563

Usiedli na pobliskich pniakach. Erlith wyciągnął fajkę i zapalił, po czym westchnął.
- To nie ja ich uwolniłem - rzekł gospodarz.
- A kto?
- Nie wiem... próbowałem się dowiedzieć, gdy byłem jeszcze w Ank-Shum-Rakh. To musi być ktoś kto tam wtedy był. Nie wierzę, by ktoś mógł to zrobić zdalnie. Szukałem śladów. Naprawdę.
- Ale wszystkie dowody świadczyły przeciw Tobie!
- Dowody? Powiedz mi, co tak naprawdę na mnie mieliście? Moje dziwne zachowanie? Mój lekko odstający wygląd? Przecież to właśnie one sprawiały, że wszyscy mnie lubili. Zwłaszcza ty. Coś innego musieliście mieć. Księga, z która mnie przyłapaliście? Fakt, trzymałem jedyną księgę, w której był opis jak ich uwolnić, ale na cała magię świata!, to nie ja ich uwolniłem!
- To co robiłeś z tą księgą, hę? - widać było, że Irhak zainteresował się mocno tą historią. Historią, w której sam brał udział. W końcu to jemu kazali wypędzić przyjaciela. - To właśnie przez nią i te składniki w Twoim kufrze kazali mi Ciebie przepędzić.
- Jakiś gostek w kapturze mim ją dał na chwilę przed waszym wparowaniem. A co do składników, to nawet Ty miałeś w swoim kufrze taki sam zestaw. Właściwie wszyscy mieli.
- No fakt... Nie gniewasz się za nasze ostatnie spotkanie?
- Jak mógłbym? Przecież wiem jak bardzo nie lubiłeś palaczy i że zrobiłeś to, co musiałeś. Nie musisz nawet przepraszać.
- Dzięki, ulżyło mi. A swoja drogą, co potem robiłeś?
- Nic niezwykłego. Doskonaliłem się w magii, polowałem na te cholerne chaotyczne demony, trenowałem, doskonaliłem się, mieszkałem na odludziu. Poznałem dziewczynę, polubiłem, pokochałem - na dźwięk ostatniego słowa Irhak się lekko skrzywił. - Niestety stała się zimnokrwistą i bezwzględną wampirzycą. Zostałem też... nieważne. Tego nie musisz już wiedzieć.
- Pracowity byłeś...
- No tak z lekka. Dodatkowo prowadziłem dalej poszukiwania osoby odpowiedzialnej za te rozróby w szkole. Każdego demona jakiego spotkałem interrogowałem. Przewijały się ciągle dwa nazwiska - przerwał na chwilę, ale nie widząc zmiany u Anquietasa, elf musiał kontynuować - Triethal i Vallac.
Te dwa nazwiska wprawiły Irhaka w osłupienie. Triethal, wielki mag i zastępca szefa szkoły, Vallaca, był wraz z tym drugim odpowiedzialny za uwolnienie demonów chaosu?! Nie, to niemożliwe! Chociaż... to było dość dziwne, że nie postawili Erlitha przed sądem magów tylko od razu kazali go przepędzić.
- Ja nie mogę tego sprawdzić - rzekł po chwili elf, dając przyjacielowi czas na przyswojenie tej wiadomości. - Jeśli się zbliżę, od razu mnie wyczują i naślą kogoś, by zabić. Potrzeba dowodów na to, że to oni są odpowiedzialni. Ale ja ich nie mogę zdobyć. Zrobisz to dla mnie? Ze względu na naszą przyjaźń?
- Jeśli znajdę czas... obiecuję!
Erlith spojrzał na niebo. Księżyc był w pełni i wysoko na niebie.
- Powinieneś już iść spać... Jest późno, a rano wcześnie wstajesz. Nadal tak robisz?
- Jak ty mnie dobrze znasz, Erlicie.
- Bardzo dobrze - odparł z uśmiechem elf.

Kanako

Kanako

19.05.2011
Post ID: 62571

Po zaledwie kilku minutach snu Kanako obudził odgłos lekkich stóp uderzających o drewnianą posadzkę. Pół-elf pomimo tego że wiedział kim jest stąpająca osoba.
Drzwi uchyliły się bezszelestnie. Do pomieszczenia zajrzała jasno włosa elfka. Kanako wyskoczył zza komody i rzucił się na szyję kobiety
-Muri! Tak dawno cię nie widziałem! - wykrzyknął po czym złapał ją za ramiona i oddalił od siebie by dokładniej przyjrzeć się pięknej twarzy.
Jasne grzywka opadała na oczy, małe usta miały różowy odcień a cera była prawie całkiem biała.
Zdziwiona dziewczyna otworzyła szeroko oczy i usta próbując wykrztusić jakieś słowo, ale bezskutecznie.
-Wiedziałem! Wiedziałem że tu będziesz! - znów ją przytulił.
W końcu szok zelżał a Kat wykrztusiła:
-K...Kanako? Kanako! Co ty tu...?! Nie widziałam cię z 20 lat! Co cię tu sprowadza? - nie czekała na odpowiedź tylko wtuliła się w większe o głowę ciało pół-elfa.
-Muszę zregenerować siły i ... no wiesz. - stwierdził Kanako. - Spotkałem Sheogoga! - dodał po chwili
Muri spojrzała na elfa lekko zbita z tropu. Widziała w oczach Kanako zachwycenie - zapewne wywołane spotkaniem swojego wroga.

Mocny cios demona (Sheogoga)odrzucił Krzysiowicha. Dwa rosłe demony przytrzymały szkieleta, by dać władcy wykonać zaklęcie. Kilka sekund później Sheogoga nie było tak jak i wszystkich demonów terroryzujących wioskę.

Alkarin

Alkarin

19.05.2011
Post ID: 62579

Podróż do Thomeheb mijała Alkarinowi spokojnie. Nastał poranek, mury miasta były już niedaleko. Wyczerpany elementalista zaczął myśleć o kilkugodzinnej drzemce. Genasi zostawił konia w stajni, która była przed bramą miejską Thomeheb i wszedł do miasta. Mag chodził po mieście szukając karczmy lub innego miejsca, w którym mógłby wypocząć w miarę dobrych warunkach.

W pewnym momencie Alkarin zobaczył ruch sztyletu koło swojego pasa. Genasi szybko obrócił się i zobaczył kieszonkowca uciekającego z... sakiewką elementalisty. Zmęczony czarodziej pobiegł za nim w pościgu szepcząc serię przekleństw pod nosem. Mag zebrał energię magiczną i wypowiedział słowo OBSTUPEFACIO. Złodziej padł na ziemię ogłuszony. Alkarin odebrał swoją własność i powiedział półprzytomnemu łotrzykowi, że jeśli jeszcze raz go zobaczy jak grzebie przy jego pasie to nie ręczy za siebie. W końcu elementalista odnalazł oberżę "pod oswojoną Mantikorą", poprosił właściciela o klucz do jednoosobowego pokoju płacąc mu kilkoma srebrnymi monetami.

Irydus

Irydus

20.05.2011
Post ID: 62592

Kameliasz udał że myśli po czym odparł.
- Nie idę.
- Jak tam chcesz... W takim razie wybacz, ale cię zostawię. Oddaj książkę bibliotekarzowi. - odpowiedział Asseo i wstał zostawiając Kameliasza z woluminem. Udał się na rynek, na miejsce zbiórki, po drodze zachodząc jeszcze do sklepu magicznego. Chciał kupić kryształową kulę, aby łatwiej się komunikować ze swoją pracodawczynią, jednak nie znalazł żadnego, odpowiedniego dla podróżnych, rozmiaru. Nieco poirytowany wybrakowanym sklepem, dotarł na plac przed bramę. Przystanął i rozglądnął się dookoła.

- Nie przyszli?
- Yhmmmmm...
- Może to i lepiej, teraz nie mamy nikogo na głowie, możemy działać swobodnie.
- Wyczuwasz ich jeszcze?
- Wszystkich, ale trochę się oddalili i rozdzielili. Pojawił się także jeszcze jeden mag, jest dosyć silny.
- Dobrze, czas się przespać, znajdźmy jakąś karczmę.

Asseo udał się do najbliższej oberży, która nosiła spokojne miano "pod oswojoną Mantikorą". Prócz tego, że było tam dosyć spokojnie, to względnie czysto, co bardzo odpowiadało chłopcu. Gdy wchodził przez drzwi Ognisty podsunął mu myśl.

"uważaj, ten dziwny mag, nieznanej rasy tu jest"

Chłopak stanął jak wryty w drzwiach, jednak szybko przestąpił próg karczmy i zamówił pokój, udając, że nic się nie dzieje. Gdy złożył swoje nieliczne bagaże, zszedł na dół aby zjeść jakąś kolacje.

Kanako

Kanako

20.05.2011
Post ID: 62593

Biała elfka spojrzała na twarz Kanako. Pod czerwonymi oczami malowały się na białej jak marmur cerze fioletowe worki.
- Musisz się przespać - powiedziała Muriles odgarniając kosmyk szmaragdowych włosów.
Kanako położył głowę na ramieniu przyszywanej siostry. Kiedy splądrowano Shaladir, Muri kończyła naukę na uniwersytecie w Veuid'geren. Przeprowadził się do Shaladir kiedy tylko je odbudowano.
Elfka zaprowadziła łowcę do pokoju z dużym łóżkiem, szafą i wielkim oknem.
- Nie trzeba Muri. Wypocząłem już wystarczająco.
- Spałeś pewnie kilka minut! - zaśmiała się elfka po czym zaprowadziła Kanako w stronę łóżka.
Kanako upadł na nie wydając z siebie cichy pomruk.
- Ja muszę tam wrócić! Sheogog...!
- On już zapewne uciekł - uspokoiła elfa dziewczyna po czym pogłaskała po krwawo czerwonych włosach. Kanako zasnął kilka sekund później

Irhak

As Gier Irhak

20.05.2011
Post ID: 62601

Irhak położył się zgodnie z propozycją Erlitha. Ułożył się na jego łóżku i zasnął. Miał dziwne sny. Jakieś walki, skrzydlate potwory, maszkarony. Śnił o wielkich potęgach uwalnianych przez maluczkich. Widział siebie. Trzymał jakiś artefakt, ale on sam stał jakiś taki odmieniony. Nie miał jasnych skrzydeł, a wokół panowała ciemność. Nagle przez obraz przeleciała mu czaszka i mknęła wprost ku jego oczom. Obudził się momentalnie. W pokoju był sam...

Krzysiowich

Krzysiowich

21.05.2011
Post ID: 62608

Krzysiowich stał zdenerwowany. Te demony uciekły! Tchórze! Zagwizdał i przybiegł do niego jego wierzchowiec. (opis wierzchowca w karcie postaci). Wsiadł na niego i pojechał z powrotem do wioski, w której się zatrzymali. Po drodze zobaczył Pikodragona. Zapalił grot strzały i posłał ją w niebo niedaleko smoka. Piko spojrzał na niego i podleciał bliżej.
- Co tam się stało? - zapytał pokazując na wioskę, w której jeszcze nie zgasili wszystkich płomieni.
- Demony - odpowiedział nieprzyjemnym tonem nekromanta - Uciekły.
Smok nie dopytywał się o powód złości kompana. Resztę drogi przebyli w milczeniu.

*

Gdy dotarli na miejsce weszli do oberży sprawdzili czy wszyscy są. Nie było Alkarina, ale zostawił kartkę. Poszli spać.

Trith

Trith

21.05.2011
Post ID: 62613

Karta Postaci

Stronnictwo: Przeszkadzacze

Podstawowe informacje
Oszczędzając na zbędnych szczegółach, Trith pochodził z rodziny królewskiej rządzącą Krainą Wariatów. Dzieciństwo miał nieprzyjemne. Rodzice nie dogadywali się ze sobą, a rówieśnicy, z którymi uczył się w szkole publicznej (!) go poniżali. To się jednak skończyło, kiedy zabił Króla i Królową (gdyż uznał to za dobry pomysł), a władzę objęła Hrabina, jego siostra. Założyła ona wraz z Trithem Arystokratyczny Klub Zielonego Garnuszka. Po krótkim czasie dołączyli inni członkowie (znajomi Hrabiny), którzy razem z nią władali Krainą Wariatów. Trith został mianowany Kanclerzem Arystokratycznego Klubu Zielonego Garnuszka, jednak niedługo po tym postanowił wyruszyć w świat. Mimo to przeżycia z dzieciństwa odcisnęły na nim piętno. Nie ma on zaufania nawet do samego siebie, potrafi reprezentować sobą kilka sprzecznych postaw jednocześnie, a jego mowa czasami bywa udziwniona i niezrozumiała... Choć to ostatnie jest typowe dla wszystkich mieszkańców Krainy Wariatów.
Jednym z ciekawszych wydarzeń w jego życiu był pewien rytułał przemany, który nie zakończył się całkowitym powodzeniem. Ten czarodziej twierdził, że za przystępną cenę sprawi każdemu parę funkcjonalnych skrzydeł. W sumie zrobił jak powiedział, tylko efektem końcowym były skrzydła owadzie, dokładniej skrzydła motyla, a nie obiecane przez czarodzieja, piękne pierzaste skrzydła, jake zwykle zdobią plecy aniołów.

Skąd?
Urodził się w Nowym Ścisku, stolicy Krainy Wariatów. Po założeniu przez jego siostrę Arystokratycznego Klubu Zielonego Garnuszka i mianowanie go Kanclerzem tego klubu postanowił udać się w świat i szukać rzeczy dziwacznych. Nie chodzi o zbieranie artefaktów, bynajmniej! Narodowe skarbce są wypełnione po brzegi mnóstwem zbędnych bibelotów, których i tak nikt nie używa. Mało tego, najdziwniejsze relikty Krainy Wariatów zostały wykonane właśnie przez Tritha. Jednak do kolejnych niezwykłych dzieł jest potrzebne natchnienie, które może objawić się tylko poprzez poznawanie nowych dziwactw z egzotycznych miejsc.

Atrybuty
Skrzydła, mimo iż nie takie, jakie sobie życzył, okazały się przydatne. Zdolność latania bywa pomocna, choć Trith nie korzysta z niej często. Przy okazji pył, którym te skrzydła są pokryte, wykazuje złożne właściwości magiczne, a nawet antymagiczne. Tak poza tym chłopak nigdy nie był zbyt silny fizycznie, co na szczęście nadrabia swoimi zdolnościami magicznymi oraz pomysłowością w używaniu magii. Warto zaznaczyć, że prędzej uda mu się rzucić jakieś naprawdę dziwne zaklęcie niż typowy, konwencjonalny czar.
Mimo opuszczenia Nowego Ścisku, nadal piastuje urząd Kanclerza, co upoważnia go do zaciągania kredytów na koszt Skarbu Arystokratycznego (jednak nie lubi tego robić, jeśli nie jest to konieczne), daje mu prawo do posiadania osobistej gwardii opłacanej przez państwo (z czego nie przywykł korzystać), a co najważniejsze, pozycja Kanclerza eliminuje problemy z formalnościami, z jakimi musiałaby się mierzyć każda zwykła istota.
Poza tym Trith potrafi wykonywać przedmioty magiczne, różnego rodzaju elkisiry oraz magiczne zwoje. Niestety w większości przypadków jego dzieła są wysoce eksperymentalne i niepraktyczne. Próbował też hodować zupełnie nowe odmiany magicznych kreatur, jednak porzucił ten zwyczaj po opuszczeniu Nowego Ścisku. Na szczęście do tej pory udało mu się stworzyć kilka zupełnie nowych, dziwacznych istot.
Natomiast z nudniejszych i mniej spektakularnych zdolności można wymienić na przykład skradanie się, spiewanie, oraz naturalna zdolność do rozśmieszania innych. Przy czym zwykle umiejętności te objawiają się wręcz losowo. Wielokrotnie bywało, iż Trith wystraszył kogoś, wcale nie planując podejścia do tej osoby tak cicho i zaskoczenia jej głośnym powitaniem. Często również zdarzało się, iż zaczynał on śpiewać, kiedy kompletnie nie miało to sensu. Co więcej, jego talent do rozśmieszania innych najczęściej objawia się kiedy on sam jest zirytowany osobami wokół niego.

Ekwipunek
Trith zawsze ma przy sobie następujące rzeczy:
- Brudno-zielony płaszcz ze sterczącym, dużym, brązowym kołnierzem. Dobry na zimę, gdyż jest ciepły. Dobry na lato, gdyż jest przewiewny. Tak, ten płaszcz jest dziwny. Do tego reszta jego ubrań jest w kolorze brudno-szaro-kremowym, nie licząc ciężkich skórzanych butów, które mają kolor ciemnogranatowy.
- U boku replika Bagnetu Hrabiny. Jeden z insygniów władzy w Arystokratycznym Klubie Zielonego Garnuszka. Nie posiada właściwości magicznych, ale jest bardzo fajny.
- Torba bardzo wygodna w noszeniu. Zawiera następujące przedmioty:
- Pusta książka, w której można pisać, bazgrać, wyrywać z niej kartki na zwoje magiczne i inne cele charytatywne.
- Kilka gałązek z drzewa kazarkowego - przy odpowiednich rytuałach może wyrosnąć z takiej gałązki dorodna kazarka, a nawet dziwniejsza rzecz.
- Kilka butelek dziwnych płynów, których przeznaczenie nie jest do końca znane nawet ich posiadaczowi.
I najważniejsze...
- Pióro wieczne zwane "Repela" - Ten artefakt Trith wykonał z okazji mianowania go Kanclerzem Arystokratycznego Klubu Zielonego Garnuszka. Zaklęty przedmiot ma wręcz własną duszę, przez co potrafi być nawet kapryśny. Czasami Repela spełnia treść, która została nią napisana lub narysowana, lecz wszystko zależy od jej humoru oraz innych magicznych dyrdymałów. W dodatku atrament szybko się wypisuje, a powoli odnawia (za sprawą skomplikowanych samo-zaklęć)... Ciekawostką na temat Repeli jest to, iż można prowadzić z nią korespondencje. Napisanie nią litery pytań do niej układają się wtedy w jej odpowiedź. Oczywiście ona też może zadawać pytania i wtedy wypadałoby jej odpisać, bo inaczej się obrazi i odmówi współpracy.

Było już dosyć późno. Coś koło północy. Gdzieś w Thomeheb był niepozorny dom, bardzo skromny, nikt by nie pomyślał, że mieszka w nim tak dziwaczna istota jak chłopak o skrzydłach motyla i zwyczajach z dalekiego kraju, o którym nikt nie słyszał. Trith spojrzał przez okno. Ta część miasta już od jakiegoś czasu była pogrążona we śnie. Chłopak z zazdrością pomyślał o tych wszystkich, którzy po kilku chwilach leżenia na swoim łóżku mimowolnie odpływają do krainy snów, kiedy potworna bezsenność trawi resztki jego sił.
Zrezygnowany wstał z łóżka mamrocząc pod nosem - Wy... Wy zactwardniejele. Wy nigdi nie odpuszczywi, ło nie. Najpatrzajniej moje Ofiarowanie już ne styczi, by wasze parloije wysyszić. Nah wasz sfory-dur wysążę, jakem sem tu... Zapatrzacie on tu. Ale jako teraz mi koju ne zadawajecie. Ale i tia zapatrzajecie, jakem sem tu. - Wyklinał nie wiedzieć na kogo.
Usiadł przy biurku, które znajdowało się nieopodal łóżka. Na blacie była książka, której kartki były czyste, a obok niej ozdobne drewniane pudełeczko, wąskie i długie. Trith otworzył je i wyciągnął z niego pióro wieczne. Zdobione, lecz nie przesadne. Funkcjonalne jak każde inne pióro, lecz lepsze o złożone zaklęcie plus imitację duszy.
Młodzieniec otworzył książkę i zaczął pisać w niej konwersację ze swoim piórem:
- Repel', Pano ma!
- Czego chcesz? Nie podlizywałbyś się tak, gdybyś chciał tylko porozmawiać.
- I tu masz rację. One wróciły. Znowu parlają mi we łbie.
- To było do przewidzenia. Jak to powiadają: Madness Returns.
- To ma pani doktór na to jakieś kurjoza, czy niśt?
- Eh... Mogę tobie pomóc uzewnętrznić ich aktualne żądania.
- W takim razie prowadź moją dłoń!
Trith z radością przewrócił kartkę książki i zaczął rysować zamykając przy tym oczy, żeby się niczym nie zasugerować. Kiedy uznał, że dzieło powinno być gotowe, otworzył oczy odrywając pióro do papieru. Jego oczom ukazała się niezwykle dopracowana ilustracja przedstawiająca Alicję (jakość wykonania to pewnie zasługa zaklęć Repeli), istotę której przypisuje wartości przeciwne względem tych posiadanych przez siebie. Dziewczynka jak zwykle miała nienawistny wyraz twarzy, w jednej dłoni dzierżyła Vorpal Blade jako opozycję względem Bagnetu Hrabiny oraz Jej władzy. To co jednak przyciągnęło uwagę Tritha, to przedmiot trzymany przez Alicję w drugiej dłoni. Było to małe ręczne zwierciadełko. Co więcej, zdobienia na nim nie pasowały do stylu Alicji. Chłopak uśmiechnął się dziwnie i wrzasnął - To to, to-to to jest! - po czym wrócił na stronę, na której kontynuował rozmowę z piórem:
- Repel'! Se Alice!
- Brawo geniuszu, nie zgadłabym.
- Nie zachowuj się jak ona... Wiesz może, o co chodzi z tym lusterkiem?
- Nie mam obowiązku. Ani tobie odpowiadać, ani nawet tego wiedzieć. Jednak powinno to być w twojej pamięci.
- W sumie czytałem kiedyś o jakichś zwierciadłach o magicznych właściwościach, może tu jest solucja.
- I don't know. Ask Alice.
- Oczywiście. Ja w tym czasie pójdę poszukać wskazówek w pobliskiej bibliotece. Idziesz ze mną.
Zanim Repela zdąrzyła ustosunkować się do ostatniej wypowiedzi Tritha, ten zamknął ją w jej pudełku. To następnie wylądowało razem z księgą w torbie, w której znajdowało się również kilka innych bibelotów. Chłopak zarzucił na plecy swój ulubiony płaszcz i wziął jeszcze Bagnet, wszak o tej porze można się natknąć na jakiegoś rzezimieszka, któremu należałoby wypruć flaki w imię bezpieczeństwa społecznego... Wracając do rzeczy, Trith wyposażony w płaszcz, torbę i Bagnet wyruszył w stronę biblioteki, upewniając się, że dobrze zamknął swój dom. Znając swoje szczęście, coś dziwnego wydarzy się po drodze... A jeśli nawet nie, to Trith sam zrobi coś dziwnego.

Kanako

Kanako

21.05.2011
Post ID: 62617

Kanako znów dręczyła bezsenność (jak to bywało ostatnimi czasy co noc). Elf wstał z łóżka i założył swoje ubranie- . Materiał przylegał idealnie do ciała. Nie ubierał czerwonego płaszcza tylko coś na kształt czarnej tuniki i spodni w tym samym kolorze. Wciągnął na nogi skórzane buty i przeszedł przez korytarz.
Drzwi do jednego z pokoi były uchylone. Kanako spojrzał przez szczelinę pomiędzy drzwiami a framugą. Muriles spała dokładnie opatulona kołdrą. Na szafce obok stała zapalona lampka naftowa. Z nieznanej Kanako przyczyny Muri zasypiała tak noc w noc. Bała się ciemności.
Elf bezszelestnie ruszył dalej. Otworzył dobrze naoliwione drzwi i wyszedł na zewnątrz. Znalazł się w ogródku przepełnionym kwiatami. Brązowe buty stukały cicho o kamienny chodnik. Drewniana furtka wyłoniła się zza gęstwiny kolorów.
Kanako powędrował w stronę miasta . Kiedy tylko odszedł na jakąś mile przewróciło go masywne cielsko. Czerwona, twarda skóra ocierała boleśnie ramiona Kanako. Kilka sekund później umięśnione ramiona rzuciły elfem o drzewo.
Jak łowca mógł się dać tak zaskoczyć?! - pomyślał Kanako zsuwając się z drzewa.
Nim jego stopy dotknęły ziemi ,wdrapał się szybko na drzewo. Przeciwnik wyjął zza pleców mosiężną kusze. Bełt wystrzelił pomiędzy gałęzie lecz nie trafił elfa.
Kanako przesunął się niczym kot na gałąź żeby przyjrzeć się napastnikowi. Okazał się on demonem. Z jego podbródka zwisała czarna broda a na głowie znajdowały się dwie pary rogów.
Kolejny bełt przeciął powietrze. W ostatniej chwili Kanako przemienił się w pył. Pocisk zostawił dziurę w unoszącej się smugi popiołu. Kanako przybrał swoją postać i wystrzelił w stronę demona. Napastnik udał z głuchym łomotem na ziemię. stojąc na torsie wroga Kanako wyjął Zapałkę i przeciął szyję demona.
Elf zeskoczył z truchła i rozejrzał się.

Irhak

As Gier Irhak

22.05.2011
Post ID: 62621

W pokoju był sam. Ognisko było zgaszone i wyglądało to tak jakby zgasło kilka godzin temu. Nikogo nie było widać. Był tylko on. Wstał i rozejrzał się po pokoju. Wyglądało jakby spał przez stulecia. Nagły podmuch wiatru otworzył drzwi, przez które sączyła się blada poświata księżyca. Była północ, ale którego dnia? Którego roku? Nic nie wiedział. Jak długo spał?
Nagle coś przykuło jego uwagę. Coś go wołało. Coś, czemu trudno było się oprzeć. Bardziej niż poprzednio był kuszony, by sięgnąć pod łóżko. Podszedł do niego i wyciągnął rękę. Łóżko nagle zniknęło. Zupełnie jakby go nie było. Ale przecież jeszcze przed chwilą w nim leżał!
Jak tak dalej pójdzie, to chyba popadnie w szał. Zwłaszcza, że podłoga zaczęła świecić dziwnym niebieskawo-czerwonym światłem. Dach chatki zaczął zanikać, rozpływać się w powietrzu. Ze ścianami działo się podobnie, jakby były rozwiewającą się iluzją. Podłoga się trzymała w całości... jeszcze...
Po chwili jednak i z podłogą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Światło pochłonęło ją całkowicie i zmieniło odcień na srebrzysto-czarny. Irhak wpadł w nie i spadał długo, nie wiedząc co się dzieje ani gdzie jest. Po chwili znalazł się w grocie. Oświetlona tylko dwiema świecami tuż przy jakiejś skrzyni, sprawiała wrażenie dość prymitywnej i mistycznej. Podszedł do niej i wyciągnął rękę, by otworzyć kufer.
- Lepiej zostaw tą przeklętą Kulę Złych Cieni dla swojego dobra, nie chcę Cię skrzywdzić, przyjacielu - usłyszał głos i odwrócił się. Osobą, która do niego mówiła, był Erlith...

Kanako

Kanako

22.05.2011
Post ID: 62627

Noc rozcięła kula ognia wyfruwająca zza krzaków. Pocisk uderzył w elfa, ale działanie to było zamierzone. Dłonie Kanako "chwyciły" kulę i rozproszyły płomienie. Chwilę później zza krzaków wyskoczył kolejny demon. Ten jednak był mniejszy a z jego głowy opadała biała grzywa. W ręku napastnika świecił miecz z dziwaczną, runiczną inskrypcją.
Kanako wystrzelił kilka kul ognia lecz zanim dotarły do przeciwnika po prostu się rozpadły. Elf przeklął pod nosem wyciągając oba swoje miecze. Jeden krótki - zapałka , drugi dłuższy. Płonący miecz wystrzelił w demona rozcinając powietrze. Demon wykonał unik i wystrzelił w stronę Kanako.
Elf uchylił się w ostatniej chwili przed smukłym mieczem swojego wroga. Łowca wymierzył mocny kopniak w piszczel Demona. Napastnik zawył i ipadł na ziemię trzymając się za pogruchotaną nogę.
Kanako odwrócił się ale zanim zmienił się w chmurkę pyłu uderzyła go kolejna kula ognia. Pomimo wysokiej odporności na ogień elf uderzył w drzewo i stracił przytomność.

Irhak

As Gier Irhak

23.05.2011
Post ID: 62657

- Na Twoim miejscu bym uważał z tym. Nie chcę Cie skrzywdzić, przyjacielu - usłyszał Irhak i obrócił się, a z cienia wyszedł Erlith.
- Ty... jesteś Strażnikiem?
- Tak... i 40 lat czekałem aż przyjdziesz. Widziałem jak Cię ta kula woła. Ona jest niczym prawie, ale we właściwych rękach staje się potężnym narzędziem. W niewłaściwych rękach będzie narzędziem destrukcji, a w przeznaczonych mu będzie narzędziem cudów.
- Chwila... 40 lat?! Co się stało?
- Noc, gdy zasnąłeś w moim łóżku, była Nocą Uwolnionej Magii. Pamiętasz co to znaczy?
- To Noc, podczas której część magii Ank-Shum-Rakh ucieka z doliny i już nigdy nie powraca.
- Tak... tej nocy zniknąłeś także. Po prostu zasnąłeś i jak wszedłem do chaty nie było Cię. Czas mijał chatkę opuściłem i przeniosłem się tutaj. Teraz i ty przybyłeś, więc czas wrócił na swoje tory...
- No dobra... Skoro jesteś tym przeklętym Strażnikiem, a ja przybyłem po to, by zabrać to, czego strzeżesz, to chyba powinniśmy walczyć, prawda?
- Jestem chyba jedynym ludzkim strażnikiem klucza. Dlatego też poczuwam się w obowiązku zdradzić Ci kilka tajemnic.
Oboje czuli jak Kula wzywa Irhaka, który z trudem walczył, by jej nie pochwycić i zbiec. Przecież w pojedynkę nie miał szans ze Strażnikiem. Zwłaszcza, że był to był jego przyjaciel, który był bardzo potężny już w szkole.
- Klucze te są zwykła ozdobą w rękach zwykłych ludzi - kontynuował Erlith. - Ale już gdy wewnętrzny żywioł danej istoty pokrywa się z żywiołem klucza, ten ostatni staje się niebezpiecznym narzędziem. Nie dość, że on sam w sobie posiada zamkniętą energię ukierunkowaną na konkretne zaklęcie, to jeszcze wzmacnia czary danej osoby, ale tylko te z pokrewnej kluczowi dziedziny magii. Dla tej kuli to magia mroku.
- No dobra... ale czemu one są kluczami? Do czego są one kluczami?
- Wiesz przecież. Przypomnij sobie legendy, które nam opowiadała Mirthanna. Legendy o wielkich wodach i czasach, gdy światło i mrok tańczyło w jednym uścisku.
- Czasy Lok-thun! Czy te klucze to arth-eliss? Artefakty ofiarne?
- Tak. Jednak legendy nie mówiły wszystkiego i szefostwo wie o tym. Wypuściło demony chaosu, by pomogły szukać im tych kluczy.
- Co? To jednak znalazłeś dowody?
- Tak... ale teraz nie jest to ważne. Sam je znajdziesz, gdy będziesz w szkole. Są one wręcz na widoku - zachichotał. - A wracając do rzeczy. One razem dają dostęp do rzeczy potężniejszych. A jedną z nich jest Krith-ktahl, Wielki Siepacz. Miecz, któremu nic się nie oprze. Szefostwo chce go zdobyć i wchłonąć jego moc, a potem przejąc władzę całkowitą.
- Chwila... a co jeszcze można zdobyć dzięki nim?
- Hmm... Zbroję Ank-Shum-Rakh... tak, tego maga, na którego cześć została nazwana dolina. Są jeszcze tarcza Sol del Luna i skrzydła Trithes-mal-Duris, pierwszego skrzydlatego. Mówi się, że one maja niezwykłe zdolności magiczne same w sobie, ale coś czuję, że ty masz już własne skrzydła.
- Tak, mam. I co z tego? - spytał butnie.
- Nie, nic. Ale teraz musisz się czegoś dowiedzieć o nas, strażnikach. Jesteśmy niepokonani z jednego powodu. Każdy kto nas w końcu zabije sam staje się Strażnikiem klucza i przejmuje ich wady i zalety. Zwłaszcza wady.
- Eeee... co?
- My, strażnicy nie jesteśmy pozbawieni wad. To prawda, że jesteśmy niezwykle potężni, ale to co spowodowało, że jesteśmy tacy potężni stało się przyczyną tego, że jesteśmy uwięzieni. Uwięzieni przy kluczu, który daje nam siłę, jak również jest tym, co może spowodować zakończenie linii Strażników...
- Dobra... chyba juz wystarczająco się nasłuchałem, a teraz jeśli łaska, to wezmę sobie ten klucz i stąd pójdę.
- Mogłeś już dawno to zrobić. Ale teraz będziesz musiał przeprawić się przez nurt czasu 40 lat wstecz, by powrócić do siebie. Tak... minęło 40 lat odkąd twoi znajomi zostali położeni przez tego skrzydlatego faceta...
- Kanako - przerwał mu Irhak. - On ma na imię Kanako.
- Jak zwał tak zwał. Teraz słuchaj mnie uważnie. Pozwolę Ci stąd odejść i zabrać kulę, ale pod jednym warunkiem - wrócisz te 40 lat wstecz i mnie zabijesz.
- Co mam zrobić? Chyba oszalałeś! Nie zabiję Cię!
- Musisz! Przez te lata zdarzyło się coś, co spowodowało, że lepiej nie być tego świadkiem. Wielka bitwa. Wielka i straszliwa.
- Skoro nalegasz. Ale jak mam wrócić?
- Zajrzyj w siebie. Znasz odpowiedź, znasz zaklęcie, którego nigdy nie używałeś, a czujesz, że zadziała. Ja mogę tylko ustawić portal. Ty musisz wypowiedzieć zaklęcie i przekroczyć je. Aha! Od 50 lat jestem Strażnikiem, więc kiedy wrócisz do swoich czasów będziesz musiał ze mną walczyć.
W czasie, gdy Erlith ustawiał portal, Irhak ruszył w kierunku kuli. Gdy tylko ją złapał poczuł wielką i mroczną moc. Moc, która go wypełniła. Moc, która wymusiła na nim rozpostarcie skrzydeł. Jego świetlistych skrzydeł. Szybko jednak poczuł, że one się zmieniają.
Erlith szybko spojrzał na Irhaka. Widział jak jego skrzydła zmieniają się, otaczała je mrok, który pożerał całe światło w jaskini. Po chwili Anquietas stał z schowaną kulą przed Erlithem.
- Tak jak myślałem - zaczął Erlith. - Kula wzywała Ciebie, bo czuła sprzeczności w tobie. Chyba czasy Lok-thun powracają - zachichotał szyderczo.
- Och, dajmy już temu spokój, dobrze. Mamy robotę do wykonania.
- Poprawka! To Ty masz robotę do wykonania!
- Ech... masz rację, w końcu to ja odwalam brudną robotę - westchnął i wymówił zaklęcie, które aktywowało portal. Irhak przeskoczył przez portal.
- Do zobaczenia 40 lat temu - mruknął pod nosem Erlith. - Obyś przeżył...

Zharven

Zharven

24.05.2011
Post ID: 62688

STRONNICTWO - Antagonista
PODSTAWOWE INFO - Zharven to młody drow-zabójca, lojalny wobec swojej rasy. Ponury, nieufny, wojowniczy i bezlitosny. Nie akceptuje on żadnej władzy, oprócz swojej bogini, Malassy, więc nikt obcy nie może przewidzieć jego zachowania. Nie jest jednak szalony, zabija za pieniądze lub w służbie rasie i bogini.Został kiedyś przez nią pobłogosławiony i od tamtej pory jest dla innych drowów kimś w rodzaju wybrańca.
SKĄD? - Pochodzi z miasta drowów, wyjątkowo rządzonego przez arcymagów. Jest to wielkie miasto pod ziemią, niszczone przez dziwne wstrząsy. Od lat tamtejsi magowie próbują zbadać ich źródło.Bezskutecznie. Zharven postanowił uczyć się magii w szkole magów z Ank-Shum-Rakh.
ATRYBUTY - Jest bardzo silny i umięśniony, a zarazem szybki i zręczny. Ma aż ok. dwóch metrów wzrostu. Jest wyszkolonym zabójcą więc posiada różne umiejętności z tym związane. Świetnie włada zatrutymi ostrzami, potrafi także robić się niewidzialny i teleportować, zna się też na alchemii, głównie truciznach. Od pracy z truciznami, stał się na nie odporny. Dzięki błogosławieństwu Malassy jest prawie całkowicie odporny na klątwy, niestety wogóle nie zna się na magii.
EKWIPUNEK - Ubrany jest w mitrilowy, pokryty łuskami czarnego smoka pancerz z kapturem i płaszczem, który nie jest ciężki. Posiada dwa zatrute ostrza i sztylet. Nosi też przy sobie dużo różnych fiolek z truciznami, linę, a w plecaku namiot.

Zharven po długiej i trudnej podróży doszedł wreszcie do szkoły magii w Ank-Shum-Rakh. Po drodze przetrwał wiele trudności, głównie związanych z jego rasą. Często rozwiązywał problemy za pomocą ostrza, ale nie mordował całych osad. Zakradał się w nocy do domów przywódców osad i zabijał ich rodziny, lub samych przywódców. Ale kiedy przekroczył bramę szkoły poczuł ulgę i zachwycił się ogromem i wspaniałością tego miejsca. Zobaczył wielkie ogrody, o które dbały setki najlepszych ogrodników, fontanny w różnych kształtach zrobione ze złota, diamentów i innych ozdobnych materiałów. Kiedy zobaczył wodospady myślał, że to sen. Szedł dalej, ku wielkiemu budynkowi szkoły, który wydawał się być pałacem. Nie wiedział czy idzie dobrą drogą, więc kiedy zauważył leżącego w trawie schlanego studenta spytał go:
- Wiesz, gdzie są szefowie?
- Nieee... Czekaj, jednak wiem.
- To mów!
- Spokojnie, kolego... Chcesz łyka?
Drow stracił cierpliwość i kopnął studenta w twarz. Po kopnięciu student natychmiast wytrzeźwiał.
- Już ci mówię! Szefowie siedzą w swoim gabinecie, w tej wieży.
Zharven od razu poszedł do szefów musiał przejść wiele schodów, aby dotrzeć do gabinetu.
W końcu doszedł do zdobionych drzwi szefów i zapukał...

Irhak

As Gier Irhak

25.05.2011
Post ID: 62691

Portal otworzył się dokładnie nad łóżkiem, więc Irhak spadł na nie z głośnym hukiem. Ledwo co się podniósł, ujrzał Erlitha stojącego w drzwiach.
- A więc się udało jednak - mruknął pod nosem.
Elf spoglądał z zaciekawieniem na anquietasa, który właśnie wstawał. Kula, którą ten ostatni przyniósł ze sobą stoczyła się z łóżka i, jakby żyjąc własnym życiem, zatoczyła się na złącze łóżko-podłoga. Erlith rzucił w jej kierunku, ale Irhak odepchnął go swoim skrzydłem. Kiedy nie trzymał kuli w ręku, jego skrzydła nadal były świetliste jak dawniej. Szuflada, która była w łóżku, nagle wysunęła się i z niej wyleciała druga kula. Dokładnie taka sama jak pierwsza. Obie podskoczyły i wirując połączyły się.
- Co do... - zaczął Irhak, ale wkrótce się zreflektował - no tak, zazębienie czasu...
Z głuchym uśmiechem spojrzał na elfa. Patrzyli tak na siebie chyba z godzinę.
- Masz śmiertelne pozdrowienia od Erlitha - rzekł po chwili Irhak. - Wiem kim jesteś. Jesteś Strażnikiem i Twoim zadaniem jest strzec swojego artefaktu, ale jak widzisz, to ja go trzymam. To co my teraz z tym zrobimy?
- Chyba standard... walka - rzekł z wyjątkowo dziwnym uśmiechem, który przerodził się dość szybko w upiorny chichot.
- Eeee... czemu się śmiejesz?
- Bo mimo, że jesteś już ascendentem - tak, wiem o Tobie znacznie więcej niż sądzisz - to jednak nie masz szans ze mną wygrać. Zobaczysz co mam na myśli.
Irhak miał już dość tych przechwałek. Poprzedni Strażnik jakiego spotkał był żywiołakiem ziemi. Potężny, acz nie niezwyciężony. Tu jednak zapowiadało się na o wiele zmyślniejszą walkę. Żywiołaki, jeśli mają w ogóle, mają dość ograniczone zasoby mózgowe. Ich taktyka to zazwyczaj "idź naprzód, walcz i tratuj", co okazuje się być dość często kiepską taktyką. Erlith jednak był elfem. I trzeba przyznać, że to był niezwykle utalentowany elf.
- Myślisz, że jesteś niepokonany? Już jeden padł Strażnik! Ty jesteś następny! - i z krzykiem rzucił się na Erlitha. Ten stał jednak jakby nikt go nie atakował i dał się rzucić o ścianę. Irhak ze zdziwieniem stwierdził, że i jego to zabolało, ale jednak nie przejął się tym. Uznał to za efekt uboczny podróży w czasie.
Erlith wstawał i się śmiał coraz bardziej. Irhak znowu uderzył z impetem w elfa i ten po raz kolejny przeleciał przez pokój. Tym razem jednak wyleciał przez ścianę na zewnątrz. Irhak doleciał do niego i w bił mu w bark swój miecz. Uśmiech triumfu na jego twarzy skrzywił grymas bólu i przerażenia. Spojrzał na miejsce bólu, na swój bark. Krwawił sam, bez żadnej widocznej rany. Krwawił dokładnie w tym samym miejscu.
- Mówiłem - rzekł z uśmiechem Erlith, nie bacząc na to, że on sam krwawił. - Nie wygrasz tej bitwy. A tak długo jak walczysz ze mną nie możesz przybrać swojej formy ascendenta. Nie uleczysz się. Zginiesz - i na poparcie swych słów strzelił w anquietasa pociskiem ciemności, który odrzucił go na dobre kilka metrów...

Kanako

Kanako

25.05.2011
Post ID: 62699

Kanako obudził się przykuty do ściany runicznymi łańcuchami. Elf spróbował opuścić swoje więzienie przemieniając się w chmurkę pyłu ale jego moc nie działała. Dopiero po chwili zauważył że ma na twarzy zawiniętą w rulon i mocno zawiązaną szmatkę.
Pomieszczenie cuchnęło zgnilizną i popruciem. Skrępowane nogi Kanako od czasu do czasu ocierał szczur szukający pożywienia.
W końcu przez żelazne wrota. Do pomieszczenia wmaszerował dość mała jak na demona postać. Przy prawej ręce grzechotał obijający się o żelazną zbroje miecz o sporych rozmiarach. Z pyska demona wydobywały się płomienie i ohydny fetor.
-Kanako Goesh!- wykrzyknął sarkastycznie demon. - Cóż za spotkanie ! To ty jesteś tym okrutnym prześladowcą Hrabiego Sheogoga? To jakieś kpiny! - wymyślał elfowi jak popadnie przez jakieś kolejne dziesięć minut.
Po kilkudziesięciu minutach do lochu wszedł rosły demon o długiej grzywie i bogato zdobionym ubraniu. W łapie trzymał miecz choć taki demon jak on mógł nim najwyżej kroić jedzenie. Inskrybowany miecz świecił światło emitowane przez płomienie na zewnątrz budynku.
Wysokim demonem okazał się sam Sheogog. Podszedł do syna i ściągnął brudny knebel. Kiedy tylko to zrobił Kanako splunął na dłoń demona. Zdenerwowany Sheogog wbił w brzuch elfa rosłą pięść sprawiając że Kanako splunął krwią. Elf oczywiści wypił czerwony płyn. Zawsze kiedy smakował krwi jego włosy unosiły się i dziwnie wibrowały oraz przybierały jeszcze bardziej czerwony odcień.
-Zawsze byłeś jakimś wybrykiem natury! Tak jak matka! - ryknął demon.
Kanako uniósł na niego pełne nienawiści spojrzenie. Przeklął w nieznanym demonom języku i zaczął się szarpać. Demon patrząc na próżne wysiłki wyszedł mówiąc coś strażnikom.
Kanako przestał się wiercić. Zamknął oczy i skupił się na ścianie będącej za nim. Wiedział że nie zniszczy łańcuchów. Ściana zaczęła wydawać z siebie ciche pomrukiwania. Ha! Runy blokują magię ognia ! - pomyślał Kanako kiedy ściana pękła pozostawiając elfa w kajdanach na rękach i nogach.
Drzwi po chwili po prostu wyleciały z hukiem uderzając o ścianę na przeciw nich. Jeden z dwóch strażników stracił przytomność kiedy uderzył go gruby uchwyt mocujący jeszcze niedawno kajdany do ściany. W drugiego uderzył Pocisk energii magicznej posyłając go w ścianę tuż obok drzwi.

Pikodragon

Pikodragon

25.05.2011
Post ID: 62700

Piko był z Krzysiem w pokoju. Nagle nekromanta coś poczuł. Poczuł klucz ciemności. Dokładnie wyczuł jego położenie. Smok jeszcze po coś poleciał. Po chwili wrócił. Dwójka poszukiwaczy była gotowa. Reszta nie została obudzona.

Po jakimś czasie była przebyta już połowa drogi. Piko dziwnie się czuł jako wierzchowiec, ale cóż było zrobić... Krzysiu coraz bardziej czuł moc kuli.

Krzysiowich

Krzysiowich

25.05.2011
Post ID: 62704

Krzysiowich uznał, że podróżując na grzbiecie Pikodragona, szybciej dolecą na miejsce. Czół coś dziwnego. Nie był pewien co to, ale domyślał się, że to kula. Gdy dolecieli na miejsce zobaczyli Irhaka i jakąś inną tajemniczą istotę. Irhak rzucił się na nieznajomego i przeszył mu bark. W tej samej chwili na barku Irhaka pojawiła się taka sama rana. Piko i Krzysiowich patrzyli zdziwieni patrzyli, jak rozmawiają ze sobą. Nekromanta szybko postanowił wykorzystać swoje możliwości do zyskania jakichś szans w starciu z nieznajomym. Przesunął się by być lepiej ustawionym do tego starcia. Gdy nadeszła odpowiednia chwila rzucił się na nieznajomego dźgając go mieczem w pierś. Wszystko zdarzyło się jednocześnie. Nieznajomy zdążył się trochę przesunąć nim dostał w pierś, więc nie dostał w serce, jak to było w planie Krzysiowicha. Niewidzialne ostrze przeszyło ubranie nekromanty, jednak trafiło między żebra. Nieznajomy nie okazywał zbytniego bólu, jednak okazywał ogromne zdziwienie, tym, że Krzysiowichowi nic się nie stało.

Irhak

As Gier Irhak

25.05.2011
Post ID: 62705

Irhak wstawał powoli i próbował otrząsnąć się po ciosie. Dość szybko zauważył, że przybyli Pikodragon i Krzysiowich. Mogliby zająć się Erlithem w czasie, gdy on będzie szukał sposobu uśmiercenia elfa.
- Erlicie - zaczął anquietas, widząc zdziwienie, a może nawet odrobinę strachu - to jest Krzysiowich. Jest nieumarłym. Twoje nędzne sztuczki nic mu nie zrobią. To koniec, przegrasz...
- Nie! - wrzasnął elf i jakimś zaklęciem odepchnął wszystkich, nawet smoka, co wydało się dość dziwne ascendentowi. Potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Erlith się sklonował, czemu towarzyszył wiatr tak silny, że zniszczył całą chałupę. Irhak dotknął kuli, co nie uszło uczuciom Krzysiowicha, i spojrzał na niebo, na którym właśnie rozwiewały się chmury. Księżyca ubywało powoli. Nadchodziło zaćmienie...

Trith

Trith

25.05.2011
Post ID: 62707

W tym czasie młodzieniec o skrzydłach motyla szedł spokojnym krokiem ciemnymi uliczkami Thomeheb. O dziwo nikt go nie zaatakował, gdyż nikogo nawet nie spotkał. Po chwili wyszedł na nieco szerszą ulicę, która była na tyle ważna, żeby posiadać latarnie. Trith przechodząc obok jednej z nich spojrzał na cień, który rzucał. Pomyślał sobie - Każde światło rzuca cień... O, to chyba dosyć ważna myśl. Nie wiem czemu, ale pewnie się dowiem. - po czym zaczął iść wzdłuż tej ulicy nie zwracając już uwagi na cienie. Ta część miasta była nieco żywsza. W niektórych oknach paliło się jeszcze światło, z jakiejś pobliskiej oberży dochodziły dźwięki dla takiego miejsca typowe. Jednak chłopak nie zwracał na to uwagi, tak samo jak ignorował jakieś ponure postacie czające się w gorzej oświetlonych miejscach. Zmierzał cały czas równym krokiem, wyuczonym na pamięć szlakiem prowadzącym od jego domu do lokalnej biblioteki, w której czasami przesiadywał studiując rzadziej czytane, dziwaczne księgi.
Trith w końcu dotarł do biblioteki, jednak ta była o tej porze zamknięta. Kanclerz Krainy Wariatów mimo to nie zrezygnował. Zauważył, że jedno z okien na piętrze pozostało otwarte. Bez większego namysłu zatrzepotał swoimi skrzydłami i wzbił się w powietrze. Dawno nie latał, przez co kilka razy uderzył o ścianę budynku zanim wleciał przez okno.
Kiedy już wleciał i pozbierał się jakoś, wytworzył nad dłonią małego ognika błędnego, żeby mu oświetlał, gdyż w bibliotece okazało się ciemno jak w Śpioszkowej Komnacie w Pałacu Nowościskańskim.
Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu, do którego wpadł. Najwidoczniej znalazł się w jakimś strychu, gdzie przechowywano starsze książki, gdyż wszędzie było mnóstwo podstarzałych woluminów, kurz i pajęczyny. Trith przystąpił do szukania wśród ksiąg czegoś, co zwróci jego uwagę...

Pikodragon

Pikodragon

26.05.2011
Post ID: 62709

Smok szybko się pozbierał. Po chwili Krzyś też już był gotowy. Piko natychmiastowo przytrzymał jednego z klonów Erlitha, a nekromanta szybko go uśmiercił. Znów był tylko jeden strażnik. Uderzył on Irhaka, który zrobił unik, a w tym czasie kula nie była silnie trzymana. Wiedziała, który z nich włada lepiej magią mroku i powędrowała do tego lepszego.

Po chwili Krzysiowich trzymał klucz ciemności. Artefakt zabłysł czarnym niby-światłem, po czym wiadomo było, że została użyta. Czarny cień powędrował do Irhaka, który nie mógł się ochronić - jego magia nie działała. Kula zablokowała jego zdolności magiczne - cień wysyłał od niego manę, przez co nie mógł on używać czarów. Po chwili Erlith stał nieżywy z mieczem który pszeszył go całkowicie. Smok wyciągnął wcześniej "pożyczone" zwoje teleportacji. Po chwili dwóch poszukiwaczy już nie było. Wrócili do miejsca, gdzie odpoczywali ich przyjaciele.

Zobaczyli już obudzonego Hira. Przecież był już świt. Za niedługo będzie ranek i znowu możliwość podróży.